25 kwietnia
wtorek
Marka, Jaroslawa, Wasyla
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Granie Wałęsą

Ocena: 2.71667
742

Nie tylko problemami Lecha Wałęsy, ale i problemem z Lechem Wałęsą zajęli się w tym numerze „Idziemy” tak wybitni publicyści jak Krzysztof Ziemiec czy o. Dariusz Kowalczyk SJ. Można by więc zostawić ten temat w spokoju, gdyby nie pewne fakty, które uległy zatarciu nawet w świadomości wielu dziennikarzy. Warto je przypomnieć.

Dokumenty o współpracy TW „Bolka” ze Służbą Bezpieczeństwa nie zostały odnalezione przypadkiem. Do siedziby IPN dostarczyła je przed rokiem z ofertą odsprzedaży Maria Kiszczak – wdowa po zmarłym dwa miesiące wcześniej komunistycznym generale Czesławie Kiszczaku, b. szefie MSW. Musiała być w pełni świadoma wagi poszczególnych dokumentów, skoro ówczesnemu szefowi IPN Łukaszowi Kamińskiemu (z nominacji PO) zaoferowała na początek teczkę agenta utożsamianego z byłym prezydentem Lechem Wałęsą. Nie chodziło o jedną z wielu teczek wyciągniętą na chybił trafił spośród wielu nielegalnie przechowywanych w domu Kiszczaków. Przypadek?

Gratyfikacja, jakiej oczekiwała wdowa po Kiszczaku w zamian za dokumenty podpisane przez „Bolka”, była stosunkowo niska: mówiło się o 90 tys. złotych. W wywiadach mówiła, że mąż zostawił jej te dokumenty na wypadek, gdyby miała problemy materialne. Mógłbym od biedy uwierzyć, że Maria Kiszczak nie zdawała sobie sprawy, iż w Polsce i za granicą jest wielu ludzi, którzy gotowi są za te dokumenty zapłacić miliony złotych. Ale nie mógł nie zdawać sobie z tego sprawy tajemniczy, około pięćdziesięcioletni, wysportowany „przyjaciel domu”, towarzyszący niby cień Kiszczakom, a potem samej wdowie. Przecież już w grudniu 2014 roku zapowiadał, że pewne informacje ujrzą światło dzienne dopiero po śmierci Kiszczaka i wywołają trzęsienie ziemi nie tylko w polskim życiu politycznym.

Dlaczego więc Maria Kiszczak nie zaoferowała odsprzedaży teczki „Bolka” choćby redakcji jakiegoś tabloidu albo i samemu Wałęsie? Dostałaby za nią o wiele więcej, niż mógłby zaoferować IPN. Czyżby udając się ze swoją ofertą do instytucji państwowej wdowa po komunistycznym szefie bezpieki kierowała się patriotycznym i obywatelskim obowiązkiem? Uwierzyć w to mogą tylko wyznawcy pewnej gazety.

Znamienna jest także pierwsza reakcja Lecha Wałęsy na wieść o dostarczeniu teczki „Bolka” do IPN. Na swoim blogu napisał wówczas zdenerwowany: „Tak przegrałem, ale tylko w tym miejscu gdzie prawie wszyscy uwierzyli że jednak jakaś zdradziecka agenturalna współpraca z SB 46 lat temu incydentalnie krótko ale była i na krótko zostałem złamany. To nieprawda. Dziękuję zdradziliście mnie, nie ja was” (pisownia oryginalna).

Przez kogo poczuł się wówczas zdradzony Wałęsa? Z pewnością przez „swoich”. Przez których: tych z IPN i PO, czy tych z SB i od Okrągłego Stołu? Po tych ostatnich nie mógł się chyba spodziewać, że dochowają umów, jak on dochowywał okrągłostołowych postanowień nawet wtedy, kiedy PZPR przestała już formalnie istnieć. Czy wierzył, że „Czesiek to człowiek honoru i jak mówi, że spalił teczki, to spalił”? Tak do 2006 roku wierzyli nawet niektórzy biskupi, a prawda okazała się inna. Ludzie, którzy łamali sumienia, nakłaniając innych do zdrady, nigdy przecież nie szanowali tych, których udało im się złamać.

Nie mam zamiaru osądzać ani usprawiedliwiać Lecha Wałęsy. Zwłaszcza że on sam wielokrotnie zmieniał swoją linię obrony. Problem Wałęsy pozostawmy Wałęsie. Dla nas pozostaje jednak problem z Wałęsą, który w kraju i zagranicą stał się ikoną polskiej „Solidarności” i polskich przemian. A z powodu Matki Bożej w klapie marynarki stał się także widocznym reprezentantem katolicyzmu Polaków. Dlatego upapranie Wałęsy nie może cieszyć nikogo, kto szczerze kocha Polskę. Utwierdza bowiem świat i nas samych w przekonaniu, że w Polsce wszystko musi być upaprane.

O to przecież chodzi w zaserwowanej nam ideologii transformacji, żeby Polakom i katolikom w Polsce odebrać poczucie godności i wszelkie powody do dumy. Żeby wpędzić nas w poczucie wstydu z powodu naszej polskości i wiary. Nawet symbolem obalenia komunizmu nie jest już dla świata polski Sierpień i „Solidarność”, tylko obalenie muru berlińskiego. Nam mają pozostać tylko niemieckie i sowieckie obozy śmierci, uporczywie nazywane „polskimi”. Chodzi o to, żeby swoją narodową i religijną tożsamość Polacy odrzucili w końcu jak gorący kartofel. Ktoś nad tym z szatańską konsekwencją pracuje.

A Wałęsa? Nie jest rozgrywającym, tylko pionkiem w tej cynicznej grze. Im szybciej sobie to uświadomi, tym lepiej dla niego i dla nas.

 

Idziemy nr 7 (593), 12 lutego 2017 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Redaktor naczelny tygodnika "Idziemy"
henryk.zielinski@idziemy.com.pl

- Reklama -


SALON DZIENNIKARSKI


- Reklama -