27 marca
poniedziałek
Lidii, Ernesta
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Stare-nowe twarze

Ocena: 0
326

Tego roku na niemieckiej scenie politycznej same stare-nowe twarze. Stare, bo znane z zajmowanych dotąd stanowisk; nowe, bo w zupełnie nowej dla nich i dla obywateli roli. I tak w ubiegłą niedzielę socjaldemokrata Frank-Walter Steinmeier, sprawujący przez ostatnie trzy lata funkcję szefa niemieckiego MSZ-u, został nowym prezydentem RFN, zastępując na tym stanowisku Joachima Gaucka.

Frank-Walter Steinmeier, 61-letni socjaldemokrata, doskonale rozumie się z obecną kanclerz Angelą Merkel, mimo iż pochodzą ze skrajnie różnych partii. Ale czyżby? Przecież gołym okiem widać, jak w ostatnich latach partia Merkel, chrześcijańsko-demokratyczna CDU, skręciła w lewą stronę, a jej poglądy pokrywają się na wielu polach z politycznymi poglądami SPD, z której pochodzi Steinmeier. I on, i Merkel pragną kontynuacji obecnej polityki wewnętrznej i zagranicznej Niemiec. Do tego Steinmeier, podobnie jak Merkel, jest dość przyjaźnie nastawiony wobec Putina oraz dość sceptycznie wobec Polski, czego nie omieszkał wyrazić podczas manewrów wojskowych z udziałem amerykańskich żołnierzy w ramach ćwiczeń Anakonda 16, nazywając je prowokowaniem Rosji.

Jedna rzecz różni go jednak od Merkel: jest on powszechnie lubiany przez obywateli niemieckich z uwagi na swoje zdolności dyplomatyczne, podczas gdy poparcie dla pani kanclerz już od wielu miesięcy wykazuje tendencję spadkową. I właśnie z tego postanowili skorzystać socjaldemokraci, wystawiając jako kandydata na urząd kanclerza Martina Schulza, dotychczasowego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Schulz to wyrazisty polityk, jednak raczej od tej negatywnej strony. I w przeciwieństwie do Steinmeiera nielubiany w Niemczech. Zarzuca mu się przede wszystkim brak doświadczenia w kierowaniu państwem, bowiem jego jedyną praktyką przed objęciem szefostwa – zresztą nieudanego – w Europarlamencie było zarządzanie przez jedenaście lat w fotelu burmistrza niewielką miejscowością w Nadrenii Północnej-Westfalii.

Brak solidnego wykształcenia to druga bolączka Schulza, a raczej jego przeciwników, bo sam zainteresowany nie ma z tym żadnego problemu – brak matury nie przeszkodził mu przecież w zrobieniu zawrotnej kariery politycznej. W Niemczech nazywany jest przez niektóre media i przeciwników politycznych zdrajcą i anty-Niemcem, z uwagi na silne przedkładanie i forsowanie unijnej polityki ponad interesami państwowymi oraz wezwaniem do podniesienia podatków i zwiększenia wydatków państwowych. Przez cały okres szefowania w Parlamencie Europejskim Schulz nawoływał do ograniczenia decyzyjności rządów narodowych, czego kulminacją była propozycja stworzenia tzw. „rządu europejskiego”, pozostającego pod kontrolą Europarlamentu.

Stawia go to na jednej linii z Angelą Merkel, także w kwestii polityki imigracyjnej, co do której Schulz opowiada się za otwarciem granic, europejskim azylem dla uchodźców i rozdzieleniem ich pomiędzy poszczególne państwa członkowskie na zasadzie kwot. To co jednak najbardziej w nim razi, zwłaszcza dziennikarzy, to jego arogancja i buta oraz nieskrywana chciwość na pieniądze i władzę. Właściwie jest on tak samo nielubiany przez obywateli niemieckich, jak obecna pani kanclerz. Tyle że we wrześniowych wyborach raczej nie ma z nią szans, bo mimo ostatniego zmniejszenia się różnicy w słupkach poparcia między CDU i SPD, ta ostatnia ma małe szanse na wygraną w wyborach. A co za tym idzie, na objęcie przez Schulza urzędu kanclerskiego.

Tak czy owak, ani Merkel, ani Schulz nie przedstawiają żadnej nadziei na odnowę Niemiec i zmianę kierunku obecnej polityki wewnętrznej i zewnętrznej tego kraju. Obywatele o tym wiedzą, więc mediom nie pozostaje nic innego, jak nakręcanie kampanii wyborczej.

 

Idziemy nr 8 (594), 19 lutego 2017 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:
- Reklama -


SALON DZIENNIKARSKI

- Reklama -

- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły